8/29/2011

Powroty do przeszłości

Niechcący cofnęłyśmy się z panią Kane o całe sto lat i tkwiłyśmy w epoce edwardiańskiej przez kilka dni. Wszystko to za sprawą "Downton Abbey". Jeśli ktoś gustuje w klimacie "Gosford Park" to z pewnością polubi "Downton Abbey" i to nie tylko za sprawą branżowego wątku.




Powrót do XXI wieku planujemy w przeciągu kilku kolejnych dni, jak tylko powrócimy z epoki wiktoriańskiej gdzie "podglądać" będziemy Oskara w "Wildzie".





7/29/2011

słodko gorzki candy....

Muszę bez bicia się przyznać,że nigdy nie pociągały mnie branżowe kluby...
Rozumiem ideę,nie mniej jednak zawsze sadziłam,że nie potrzebuję specjalnego miejsca do spotkania się ze znajomymi tudzież pójścia na randkę...
Miejsce samo w sobie musiało zaapelować do mnie klimatem,charakterem,przyjazną atmosferą i dobrym menu:).
Jeśli tak się składa ,że jet to tak zwane gay friendly miejsce to miło,ale to nie znaczy,że będzie to dla mnie jedyne miejsce na tak zwane socjalne spotkania:).
Dlategoż też muszę przyznać,że oglądanie Candy Bar Girls,które aktualnie zostało wciśnięte w ramówkę Channel 5 jest dla mnie niczym oglądaniem świata przez kolorowe szkiełko...
Nie mogę zaprzeczyć,że ten dokument wzbudza we mnie tyleż samo zdumienia co jego bohaterki litości...
Zastanawia mnie, nie ukrywam jak one funkcjonują w tak zwanym zewnętrznym świecie...Hmm...Mam wrażenie,że są to tylko podstawowe funkcje życiowe...
A przecież życie nie ogranicza się tylko do absyntowego życia zamkniętego ramą łóżka,a jeśli dla niektórych taka jego definicja to muszę przyznać,że jest to cokolwiek zatrważająco smutne...
Ech...

Porzucając jednak mój dydaktyzm:)
Cukierkowy świat w wymiętoszonym papierku jakoś do mnie nie przemawia...
Tak jak nigdy nie przemawiał do mnie ludzkim głosem L word...
Tego typu kreacje według mnie powielają tylko stereotypy niekompetentnych społecznie gejów i lesbijek,którzy żyją w sztucznej rzeczywistości i nie potrafią stworzyć wartościowego monogamicznego związku...
A my przecież wiemy,że jest inaczej...
To wcale nie znaczy,że wiedziemy monotonne,bezbarwne życie,ale to również nie znaczy że większość z nas to bezmyślni hedoniści...
Ważne jest aby ludzie wreszcie zrozumieli,że nasze życie to niekoniecznie taki Candy Bar...nasze życie również bywa słodko gorzkie...Inie zawsze jest owinięte różowym,nowiutkim,markowym papierkiem...
Tylko nie wszyscy wiedzą,że takie wytwory jak ten dokument tudzież paradokument trzeba oglądać z przymrużeniem oka...
Bo świat nie jest czarno biały...
Świat ma przecież w sobie wszystkie kolory tęczy:)
A my siedzimy na jej samiuśkim środku:)...
I dobrze nam tam...Nieprawdaż?
Może nawet kiedyś znajdziemy garnek ze złotem...

7/28/2011

Na nowo

Inne spojrzenie na "wychodzenie z szafy" i o tym, że wyjść z niej można nawet u schyłku życia tylko po to by zacząć je na nowo...Polecam : "Beginners".



Porządki

Natchnęło mnie, żeby lekko odświeżyć bloga...
Źle mnie natchnęło, szybko zatęskniłam za widokiem czerwonej kanapy...
Nie powinnam była jej przesuwać, na całe szczęście już wróciła na miejsce.

7/27/2011

Tęcza nad Nowym Jorkiem

Przedwczoraj z zapartym tchem śledziłam wydarzenia z Nowego Yorku gdzie wreszcie tysiące par lesbijskich i gejowskich mogło powiedzieć sobie wiążące prawnie "tak"...
Tęczowe flagi, confetti, łzy wzruszenia i ulgi...
Zdjęcia staruszek trzymających się za ręce…
Niepewne, pełne niedowierzeń spojrzenia...
Słowa, które od tak dawna chciało się wypowiedzieć...
Wiem, że dla niektórych, to tylko formalność, tak zwany urzędowy papier...
Ale czy to tylko papier?

10 lipca zeszłego roku wszystkie te uczucia, które zapewne towarzyszyły nowojorskim parom miałam okazję sama przeżyć, poczuć realnie i namacalnie...
Poślubienie kobiety, którą kocham, której chcę być wierna i z którą chcę się zestarzeć było dla mnie transcendentalnym przeżyciem... Było samoistnym przekroczeniem siebie...
Ale było też prostym ludzkim, niedowierzaniem...
Bo to o czym marzyłam wreszcie się spełniło...
Łzy szczęścia mieszały się ze łzami zdumienia...
Patrząc na zdjęcia z Nowego Jorku, tylko przypomniało mi jak ważnym jest to na pozór zwyczajne, oczywiste prawo do legalnego związku...
Prawo, które heteroseksualne pary mają nadane na podstawie swojej orientacji seksualnej-dla niektórych jedynej i słusznej...
Prawo człowieka do szczęścia, do dzielenia się szczęściem...
Czy to tak dużo?
Trzymam kciuki żeby nadszedł taki czas aby Polska stała się takim Nowym Jorkiem tudzież UK...
Życzę, każdej parze by pewnego dnia mogła w obliczu innych powiedzieć wiążące tak....I nie ważne w jakim języku...
Miłość przetłumaczy wszystko..
Miłość to przecież słodki głos aniołów...

„Night watch” wieczorową porą….

Nareszcie doczekałam się ekranizacji, choć to może za duże słowo, książki Sary Waters pt: „Night Watch”. Dzierżąc w dłoniach gorący kubek zielonej herbaty zasiadłam z Najlepszą z Żon do oglądania…

Film został zgrabnie podzielony dzieląc ideę autorki na trzy warstwy czasowe, które nakładają się na siebie tworząc logiczną całość i budując chronologicznie historię…

Narracja i środki filmowe zdecydowanie dostają plusa. Jednakże postacie same w sobie jak na mój gust, przedstawione zostały raczej bezbarwnie i mdło.

Te same charaktery u Waters pełne są życia i stwarzają prawie namacalne wrażenie realnych jednostek. Z żalem muszę przyznać, iż moje nadzieje na obejrzenie czegoś branżowego i wartościowego, bo to bardzo rzadko idzie w parze, zostały zawiedzione.

Poprzednie próby przenoszenia prozy Waters na ekran, mam tu na mysli „Tipping the vel vet” czy „Fingersmith” były bardziej pomyślne.

Ech …Nie pozostaje mi nic innego jak zaparzyć zieloną herbatę i odkurzyć pudełko z filmami, tudzież sięgnąć po książkę…

W międzyczasie czekam , aż Waters napisze coś nowego :)

7/23/2011

Przeprosiny

Uprasza się o wybaczenie tych wszystkich, którzy ostatnimi czasy wchodzili tu i zastawali pustkę. Pustka blogowa zrodziła się z ogromu wydarzeń w życiu prawdziwym. Czasu niestety nie da się rozciągnąć aż tak bardzo jak by się chciało, a wredna doba ma tylko dwadzieścia cztery małe godziny.
Na całe szczęście wszystko wróciło już do normy, nie jest tak jak było, jest inaczej co nie znaczy, że gorzej. Nowa norma, nowe standardy ale blog jak najbardziej po staremu.

4/27/2011

Moja żona mnie zaraziła....


Literatura od zawsze była moim konikiem na którego w wolnym czasie wsiadałam i galopowałam w historie przeróżne ucząc się w międzyczasie warsztatu tworzenia słowa.

Był tylko jeden rodzaj historii w których rejony się nie wybierałam wzdrygając się przed wizją krwi, gwałtów morderstw i zimnej kostnicy…Co tu dużo mówić wyobraźnię mam bardzo żywą…nawet martwe ciała tańczą swoje Dance Macabre …

Tak więc jak Małżonkę poznałam…muszę to publicznie wyznać …zaraziła mnie…zaraziła mnie afektem nie tylko do siebie, ale i do kryminału…

Spędzałam więc samotne chwile w towarzystwie Patrici Cornwell, tłukłam się pociągami wtedy jeszcze polskimi, w towarzystwie Donny Leon i obcowałam z samym Jeffery’m Deaverem…

Choroba ta niestety nie jest uleczalna…

Ostatnio bowiem znowuż łamiąc swoją wstrzemięźliwość pochłonęłam z obżarstwa intelektualnego Stephena Dobyns’a The Church of Dead Girls.

Historia rozgrywa się w małym ospałym miasteczku którym nagle wstrząsa seria zaginięć nastolatek…

Mieszkańcy, którym wydawało się ,że żyją z dala od skorumpowanego świata zaczynają nagle rzucać podejrzenia na siebie wzajemnie.

Atmosfera nieufności zaczyna sprawiać, że na światło dzienne zaczynają wychodzić brudne, skrywane dotąd sekrety: podwójne życia, zdrady, chowana w szafie tożsamość seksualna i niezdrowe układy rodzinne…

Książkę pochłonęłam…A może książka pochłonęła mnie…

W sumie nie wiem…

Był to kawał dobrego kryminału…

Czy ja to naprawdę napisałam…?

Ech…

Uzależniona …

Pozdrawiam...

Woda dla...słoni...

Ostatnio znalazłszy wreszcie trochę czasu wolnego udało mi się skończyć czytanie książki Sary Gruen Water for the elephants.
Dowiedziawszy o mającym niedługo wejść do kin filmie o tym samym tytule, wyznając zasadę,iż najpierw należy zaznajomić się ze słowem pisanym dopiero później obrazem postanowiłam książkę przeczytać.
Gruen w sposób barwny i interesujący opisała życie trupy cyrkowej w której codzienność zostaje przypadkowo wrzucony prawie -absolwent szkoły weterynaryjnej,którego to rodzice giną w wypadku samochodowym nie pozostawiając mu żadnych środków życia.
Cyrk,który odtąd staje się jego domem jest miejscem pełnym intrygujących postaci,ciekawych historii ale również miejscem w którym rządzą prymitywne prawa i rozgrywa się nieustanna walka o przetrwanie.
Miłość,zazdrość,nienawiść i szaleństwo nakładają się na siebie wzajemnie i przecinają sobie drogę prowadząc do sprawnego zakończenia...
Książkę przeczytałam z nieukrywanym zainteresowaniem... Film zobaczę w tym tygodniu...
Porównam i ocenię co wyszło z duetu Pattisona i Witherspoon oby nie kolejny Twatlight jak mówi moja Najlepsza z Żon...
Pozdrawiam serdecznie...

4/13/2011

Ladies like us

"Red nose day" to taka angielska Orkiestra Świątecznej Pomocy tylko na wesoło. Co roku czołowi angielscy komicy przygotowują skecze do udziału w których zapraszają inne znane z pierwszych stron gazet postacie.
Do naszych ulubionych należą Corden ("Gavin and Stacy" tudzież "Lesbian vampire killers") oraz Williams i Lucas ("Little Britan", "Come fly with me"). Wyżej wymienionym panom poczucia humoru odmówić nie można. Poniżej kilka filmików, które rozśmieszą nawet najbardziej zatwardziałego sztywniaka.









4/12/2011

4/04/2011

Rodzinka z piekła rodem

Wczoraj obejrzałyśmy z Panią Kane dokument zatytułowany "American most hated family in crisis". Był to drugi film dokumentalny Louisa Theroux o rodzinie Phelbsów i ich kościele. Pan Theroux odwiedził członków Baptystycznego Kościoła Westboro przed czterech laty i postanowił sprawić im kolejną wizytę. Cóż niezwykłego w tej jakże "przeciętnej" rodzince ? Oczywiście członkowie (wyznawcy/fanatycy/niepotrzebne skreślić) najbardziej nienawidzą ludzi ze środowiska LGBT. Chciałoby się powiedzieć "live and let die" ale oni nawet dla zmarłych szacunku nie posiadają i namiętnie pikietują pogrzeby. Za pikietowanie jednego wyrokiem sądu musieli zapłacić trzynaście amerykańskich baniek ale dla nich to jak wypad na większe zakupy. Nawiązując do samego tytułu nie wiem dlaczego rodzinka wypranych mózgów jest w kryzysie. Na załączonym obrazku widać, że mają się dobrze. Niby tracą członków, choć nowi ustawiają się w kolejce jak po świeże bułeczki. Warto obejrzeć. Miłego zatem.








3/28/2011

Pewnego razu w Beverly Hills

Jakby ktoś nie wiedział (ja do niedawna nie wiedziałam) to sławetny serial lat 90-tych zwany "Beverly Hills 90210", doczekał się swojego spin off-u. Twór "nowy" nadawany jest od trzech lat (tak, wiem, jestem opóźniona jeśli chodzi o seriale dla współczesnej młodzieży), a nazwany został "90210". Oczywiście raczy on o pięknych, młodych i bogatych nastolatkach z wygórowanymi problemami natury egzystencjalnej i nie tylko. Nadal żyłabym w nieświadomości o istnieniu tak zacnego dzieła, gdyby nie pojawiające się "zajawki" w telewizorze. A w zapowiedziach romans gejowski jakiś, więc jakby kto zainteresowany był to kawałek zapodaję na zachętę.

3/27/2011

Cuda z pogotowia czyli gej potrafi :)

BBC Three od jutra rusza z nowym programem zatytułowanym "Bizarre ER". W pierwszym zapowiadanym w telewizorze odcinku ma pojawić się pan z dość dziwną przyległością. Sami zobaczcie :)


3/24/2011

Tatuaż i kolczyk

Wreszcie udało mi się zakończyć obejrzenie trzeciej części Dziewczyny ze smokiem uff...
Wedle pradawnego polskiego przysłowia,które mówi do trzech razy sztuka muszę przyznać,że ta ostatnia była najbardziej udana...
Żwawe poprowadzenie akcji wiążącej w sposób spójny poprzednie dwie części,aż do w miarę przewidywanego zakończenie spowodowało,że zredukowałam odchodzenie od ekranu z 80% do 20%.
Muszę przyznać,że mój żołądek i zmysły estetyczne powodują,że nie wszystkie sceny w poprzednich częściach mogłam wizualnie przetrawić...
Tutaj poza kilkoma reminiscencjami przywoływanymi przez główną bohaterkę reszta filmu jest względnie łagodna dla umysłowych kubków smakowych...
Film można obejrzeć aby zobaczyć jak rozwiązano akcję i poprowadzono losy głównych bohaterów,ale chyba tylko dlatego...
Nie ukrywam,że takim to powodem kierowałam się głównie wybierając tenże film na wieczorne obcowanie z X muzą...
Cóż uczciwie przyznam,że zamiast Dziewczyny ze smokiem wolę zdecydowanie Dziewczynę z perłą...
I jak ze wszystkim w życiu, tutaj też, diabeł tkwi w szczegółach i nie chodzi tutaj bynajmniej o kolor włosów protagonistek:)

3/21/2011

Are kids really all right?

Wczoraj Najlepsza z Żon namówiła mnie do obejrzenia filmu z czerwonowłosą Jullian Moore wcielającej się w rolę matki wychowującej dzieci w związku partnerskim z kobietą graną przez Anette Bening.
Mimo niezbyt pochlebnych komentarzy i recenzji jakie towarzyszyły temu filmowi zwłaszcza ze strony lesbijek, zdecydowałyśmy go jednak obejrzeć...
W końcu aby móc się na jakiś temat wypowiedzieć najlepiej zaznajomić się z przedmiotem rzeczy...
Tak więc pomimo,iż lubię mieć swoje zdanie zazwyczaj odrębne od większości,muszę się zgodzić,że film bardziej niż rozczarował...
Zamiast łamać stereotypy,zostały one powielone... I tak tutaj, nawet lesbijka potrafi zarzucić swoją orientacje na jakiś czas po to by oddać się romansowi z mężczyzną...
Czy tak trudno zrozumieć,że lesbijka nie podzieli łóżka z samcem bo tak się składa,że w środowisku życia woli samiczki?
I tak naprawdę żadna z nas nie marzy o tym by zostać zaspokojoną czy to psychicznie czy fizycznie przez mężczyznę?
Problem wychowania dzieci w rodzinie gdzie zamiast mamy i taty są dwie mamy też został poruszony w sposób powierzchowny i mało przekonywujący, powielający kolejny stereotyp lesbijki jako neurotyczki ,która tak naprawdę nie wie czego chce ani od siebie ,ani od świata...
Cóż ja ciągle czekam na film ,który w sposób szczery bez sztucznego dydaktyzmu,tudzież sztucznego świata i sztucznych lukrowanych bohaterów/bohaterek poruszy tematy związane z naszym środowiskiem....
Pozdrawiam serdecznie...

3/13/2011

Wspomnień czas

Na niedzielę, a raczej na jej końcówkę. Hit lat 90-tych, który hitem nigdy nie był, a powinien. Pieśń, którą pierwszy raz usłyszałam na ścieżce dźwiękowej jakiegoś romansidła, a która na długie lata zaplątała się gdzieś w szpary między neuronami. Teraz już wiem dlaczego. Oczywiście interpretować każdy może sobie do woli :) Panie to coś a`la Siostry Szekspira. Szkoda, że nie zrobiły wielkiej kariery, może by było więcej takich perełek jak ta:

3/04/2011

Wygagała co wiedziała

Wyszło szydło z worka. Lady Gaga przyznała się w swojej nowej piosence, że jest jaka jest bo taka się urodziła. Uff…a już myślałam, że była wynikiem jakiegoś nieudanego eksperymentu genetycznego. Swoim egg-outem, odziana w bieliznę, próbuje wcisnąć w łepetyny niedowiarków to co od dawna wiadomo. Tak, nikomu nie uwidziało się być homo, bi tudzież trans. Gadze też się nie uwidziało i jest Gagą. Czy jej przekaz dotrze do kogokolwiek? Wątpię. Ale standardowo gago-plus za starania.


Odwidzieć natomiast mogłoby się pani Adele, która króluje obecnie na angielskich listach pieśni ludowych. Pani ta przypomina mi Alison Moyet. Niestety nie Moyet z czasów Yazoo, lecz obecną pięćdziesięcioletnią melancholijną piosenkarkę. Dlaczego patrząc na jedną nie mogę przestać myśleć o drugiej? Oczywiście z powodu wyglądu. Dwudziestotrzylatce zdecydowanie powinno się odwidzieć co do stylizacji własnego zewnętrza. Z niecierpliwością czekam aż rozpuści włosy i zedrze z siebie babciną sukienkę. Może się doczekam. Na razie jednak, pani Adele staram się więcej słuchać niż oglądać. Ciśnienie mi wtedy tak nie skacze.

2/21/2011

Jak Franco geja się nie boi...

...grać. Dwa lata po roli w "Milk`u" wcielił się w postać poety Allena Ginsberga w filmie pt. "Howl". Ginsberg, młody poeta, publikuje swój pierwszy tomik poezji. "Howl" czyli po naszemu "Skowyt", jak na późne lata pięćdziesiąte jest niestety zbyt kontrowersyjny i oburzone obsceną "społeczeństwo" składa sprawę do sądu. Film zapowiada się na tyle ciekawie, na ile ciekawa była sama postać Ginsberga. Poeta, gej i wariat pierwszej klasy. Genialny szaleniec, bo przecież jedno z drugim zawsze idzie w parze. Proszę Państwa oto "Skowyt":



2/18/2011

Pomidorowy coming out

W kategorii reklama miesiąca ta jak na razie wygrywa w moich rankingach :)
Proszę wybaczyć ale lepszej wersji na chwilę obecną nie ma.

2/15/2011

The World's Worst Place to Be Gay?

Pani Kane o tym napisała, a ja załączam program o którym była mowa wcześniej. Miłego oglądania.








Uganda versus Polska- i wcale nie chodzi o mecz...

Wczoraj z Najlepszą z Żon obejrzałyśmy program wyemitowany przez BBC3 traktujący o kwestii homoseksualizmu w afrykańskiej Ugandzie.
Reporter w którego rolę się wcielił znany z BBC radio 1 DJ i prezenter Scott Mills, podjął się próby zmierzenia z homofobicznym obliczem tego kraju.
Mills, który sam jest gejem podjął się wędrówki do miejsca,które tak bardzo odbiega od kraju w którym przyszło mu się wychować i żyć.
Uganda to miejsce w którym homoseksualiści nie tylko podlegają społecznemu ostracyzmowi,uznawani za nienaturalnych,i nieczystych,ale również miejsce gdzie homoseksualistów skazuje się na śmierć, wymierzaną ręką każdego kto tylko chce ją podnieść.
Dzieci,które otwarcie przyznają się do swojej orientacji,tudzież zostaną posądzane o bycie gejem lub lesbijką są wyrzucane z domu przez własnych rodziców, mając także całą rodzinę odwróconą do siebie plecami.
Pozbawieni środków do życia,bez możliwości podjęcia pracy(homoseksualiści nie maja prawa pracy)zostają zepchnięci w niziny społeczne,gdzie przychodzi im się borykać z głodem,budzącymi grozę warunkami sanitarnymi i nienawiścią.
Nienawiść ta przybiera wszelakie formy podsycana polityką rządową,stereotypami myślenia oraz afrykańską kulturą.
Walka z homofobią wydaje się być z gruntu przegrana,ponieważ nawet młodsze pokolenie,które zapytane o opinię na temat gejów i lesbijek wyraziło zdecydowaną i otwartą nienawiść, podbudowywaną przez rodzinę,szkołę i środowisko,z którego przecież czerpie wzorce myślenia i konstruuje swoją postawę życiową.
Świat Ugandy przeraził Millsa,który wychowany w sprzyjającej homoseksualistom Anglii nigdy nie zmierzył się z taką nienawiścią,która w efekcie końcowym przynosi śmierć.
Przyznam,że oglądałam ten dokument z mieszanymi uczuciami i nie wzbudził we mnie,aż takiego poruszenia.
Dlaczego?
Myślę,że odpowiedź na to pytanie jest bardzo proste...
W przeciwieństwie do Milla wychowałam się w Polsce,w małej miejscowości gdzie inność wytykana była palcem księdza na ambonie,wykrzyczana sprejem na płocie ,rozdarta krzykiem rozbitego okna,pouczona podniesionym głosem rodziców...
Polska dała mi wyprawkę na nowe życie w nowym kraju...Chitynowy pancerzyk emocjonalny...
Uczę się pomału go zrzucać,tutaj w Anglii, gdzie inny nie znaczy gorszy,gdzie mogę z dumą powiedzieć TAK JESTEM LESBIJKĄ...and what's a big deal?powie Anglik...
Staram się przyzwyczajać,że żaden:)

2/14/2011

L'amore

Kartka w kalendarzu,muzyka w radio,przeciskający się zdyszani mężczyźni przyduszający pod pachą wiązanki,listonosz,który łapie oddech na czerwonym świetle wszystko to bezdusznie przypomina,że nastał światowy dzień wzajemnego braterstwa...
Dzień Świętego Walentego,albo inaczej lingwistycznie zwany Valentine's Day...
Dzień,kiedy wszelaka płeć nagle sobie przypomina,że kochać się trzeba...
A przecież tak naprawdę,nie potrzeba ustanowionego nakazu,aby wysłać sobie kartkę,tudzież zjeść razem wystawną kolację,nie potrzeba nakazu aby kupić bukiet kwiatów...
Wczoraj z Najlepszą z Żon byłyśmy w sklepie po chleb powszedni i stojąc w kolejce do kasy obserwowałam skonsternowanego osobnika płci męskiej,który głowił się niczym na lekcji botaniki nad stoiskiem z bukietami...
Miałam wrażenie ,że przyszło mu rozwiązać zagadkę Sfinksa co najmniej bo pot kroplami płynął,aż nawet klimatyzacja nie pomagała...
Proponuję, więc oszczędzić sobie trudu i kochać się na co dzień...
Lżej na duszy będzie i przyzwyczaić się będzie można do miłości...
A to przecież najsłodsza jest z udręk:)

Szczęśliwych codziennych i niecodziennych Walentynek:)

2/12/2011

Wytatuowana niania McPhee

Skusiłyśmy się wreszcie na obejrzenie "Mężczyzn którzy nienawidzą kobiet". Muszę stwierdzić (nie, nie czytałam książki - ani jednej, ani drugiej ani tym bardziej trzeciej), że ktoś spartolił kawał dobrego scenariusza. Sama wątek kryminalny był ciekawy, chwilami naiwno-naciągany ale ciekawy. Jednak cała reszta momentami nie trzymała się kupy. Jeśli książka, jak to mawiają niektórzy, jest rewelacyjna, to reżyser najwidoczniej wybrał najgorsze z niej fragmenty.

Uroku wszystkiemu dodaje oczywiście para głównych bohaterów. Męskie kluchy z olejem z nieodłączną miną "srającego kota na puszczy" i wymagająca tygodniowego moczenia w domestosie kobitka z ADHD. Przez połowę filmu głowiłam się nad tym z kim kojarzy mi się główna bohaterka. Czy to może połączenie Zębowej wróżki ("Czerwony smok") i C. Starling ("Milczenie owiec"), a może Batman w spódnicy? Wtem, po którejś mniej lub bardziej istotnej scenie doszłam do wniosku, że to wypisz (może nie wymaluj) Niania McPhee w wersji hard core. Przekonało mnie o tym ulubione powiedzenie wyżej wymienionej niani.


"There is something you should understand about the way I work:
When you need me but do not want me, then I must stay. When you want me but no longer need me, then I have to go. It's rather sad, really, but there it is."


Prawda, że podobne ?

2/06/2011

Pomarańcze, mandarynki...


Za uprzejmym udostępnieniem przez Najlepszą z Żon elektronicznego miejsca w przestrzeni magicznej sieci oraz wycięciem z kawałka czasu wolnego miejsca, zdecydowałam się wreszcie na zapisywanie przypowieści z życia.
Mam nadzieję, że zanudzać nie będę.

Ostatnio zakończyłyśmy z Najlepszą z Żon oglądać „Oranges are not the only fruit”, film powstały na podstawie książki znanej wszem i wobec Jeanette Winterson. Książkę intelektualnie przewertowałam już wcześniej, ale na film musiałam poczekać, aż do zeszłorocznych urodzin, kiedy ten magicznie pojawił się w formie prezentu.

Odpowiadając na odwieczne pytanie czy film był lepszy od książki, które i tak w aktualnej koncepcji społeczeństwa gdzie niedługo każde dziecko będzie rodziło się z wbudowanym Internetem bezprzewodowym zdaje się trochę tracić na znaczeniu, muszę zdecydowanie opowiedzieć się za książką. Aczkolwiek film poprowadzony wartka ręką, barwnie przedstawiający charaktery głównych bohaterów oraz istotę bogobojnego małego społeczeństwa oddaje idee książki o tyle ta wydaje się pełniejsza i bardziej nacechowana emocjonalnie.

Wiem, książki tak maja, …Ale nie wszystkie…
Prawie tak jak nie wszyscy lubią tylko pomarańcze….

Książka bardziej zbliża do problemu, z jakim boryka się główna bohaterka, która nagle wychowana w fanatycznym środowisku religijnym odkrywa własna tożsamość.Tożsamość ta dosłownie i metaforycznie bywa kojarzona z demonem, którego niektórym wydaje się, iż można go wypędzić za pomocą zaklęć oraz rytuałów magicznych.

Niektórzy wyrzekają się siebie, aby nie wyrzeknięto się ich tak jak to zrobiła przyjaciółka naszej protagonistki, ale ta, mimo iż nie jest to takie łatwe decyduje się na walkę ze środowiskiem, w którym wyrosła a także własną rodzina.A to jak wiadomo nie zawsze jest takie proste.Powszechnie przecież przyjęto, że rodzina może wyrzec się nas, ale nam prawo wyrzeczenia się od rodziny nie przysługuje.

I to nie ważne czy rzucają w plecy kamieniem czy może pomarańczą.
Wracając do tematu książkę tym, którzy jeszcze nie przeczytali , przeczytać polecam. Film obejrzeć można w ramach lekcji z komparatystyki , zagryzając w międzyczasie owocem własnego wyboru…

Smacznego intelektualnego!

2/04/2011

Truskawki i inne potwory

Nasza balkonowa truskawa przebudziła się z zimowego letargu i zaczęła puszczać pierwsze liście. Nieśmiało jeszcze spogląda na świat i zmaga się z angielskimi wichurami, które nas ostatnimi czasy nawiedzają. Tak więc, żeby jej się dobrze rosło, pieśń prawie tematyczna.


2/03/2011

Pogodynka

Pani Kane powiedziała wczoraj przed snem, że dawno nie wiało i nie padało. Dziś leje i łeb chce za przeproszeniem urwać. Kocham panią Kane za wypowiadanie czegoś w niewłaściwym czasie. Nawet pani od pogody w telewizorze niczego nie przewidziała...

2/02/2011

Poległam

W starciu ze ścianą. W bitwie o zawieszenie lustra. Poległam z kretesem. I mimo wsparcia ze strony wojsk sprzymierzonych pod dowództwem generała wiertarki i całego oddziału kołków rozporowych, ostatecznie broń została złożona. Wyższość zatem ścianie muszę przyznać. Pokłony przed nią poddańcze składać będę, choć spokojnie ten tak zwany mur głową bym przebiła.
Zbierać muszę siły i strategię nową opracować. Zemsta będzie słodka :)

1/31/2011

Środa na poniedziałek

Fajny i bardzo dosadny felieton Magdaleny Środy o "Tęczowym raporcie" i tęczowych rodzinach. Warto przeczytać bo standardowo pani Środa nie owija niczego w bawełnę i wali z tak zwanej grubej rury. Tekst do przeczytania tu.

Przeprowadzka

No to zaczynamy, na nowo. Po ponad półrocznym użytkowaniu wordpress`a powiedziałam sobie : dość. Wiedziałam, że dzień taki nastąpi od dnia kiedy zaczęłam go używać. Tak więc wprosiłam się w bloggerową rodzinę. Zatem na dobre rozpoczęcie, odrobina Niny Simone: