2/21/2011

Jak Franco geja się nie boi...

...grać. Dwa lata po roli w "Milk`u" wcielił się w postać poety Allena Ginsberga w filmie pt. "Howl". Ginsberg, młody poeta, publikuje swój pierwszy tomik poezji. "Howl" czyli po naszemu "Skowyt", jak na późne lata pięćdziesiąte jest niestety zbyt kontrowersyjny i oburzone obsceną "społeczeństwo" składa sprawę do sądu. Film zapowiada się na tyle ciekawie, na ile ciekawa była sama postać Ginsberga. Poeta, gej i wariat pierwszej klasy. Genialny szaleniec, bo przecież jedno z drugim zawsze idzie w parze. Proszę Państwa oto "Skowyt":



2/18/2011

Pomidorowy coming out

W kategorii reklama miesiąca ta jak na razie wygrywa w moich rankingach :)
Proszę wybaczyć ale lepszej wersji na chwilę obecną nie ma.

2/15/2011

The World's Worst Place to Be Gay?

Pani Kane o tym napisała, a ja załączam program o którym była mowa wcześniej. Miłego oglądania.








Uganda versus Polska- i wcale nie chodzi o mecz...

Wczoraj z Najlepszą z Żon obejrzałyśmy program wyemitowany przez BBC3 traktujący o kwestii homoseksualizmu w afrykańskiej Ugandzie.
Reporter w którego rolę się wcielił znany z BBC radio 1 DJ i prezenter Scott Mills, podjął się próby zmierzenia z homofobicznym obliczem tego kraju.
Mills, który sam jest gejem podjął się wędrówki do miejsca,które tak bardzo odbiega od kraju w którym przyszło mu się wychować i żyć.
Uganda to miejsce w którym homoseksualiści nie tylko podlegają społecznemu ostracyzmowi,uznawani za nienaturalnych,i nieczystych,ale również miejsce gdzie homoseksualistów skazuje się na śmierć, wymierzaną ręką każdego kto tylko chce ją podnieść.
Dzieci,które otwarcie przyznają się do swojej orientacji,tudzież zostaną posądzane o bycie gejem lub lesbijką są wyrzucane z domu przez własnych rodziców, mając także całą rodzinę odwróconą do siebie plecami.
Pozbawieni środków do życia,bez możliwości podjęcia pracy(homoseksualiści nie maja prawa pracy)zostają zepchnięci w niziny społeczne,gdzie przychodzi im się borykać z głodem,budzącymi grozę warunkami sanitarnymi i nienawiścią.
Nienawiść ta przybiera wszelakie formy podsycana polityką rządową,stereotypami myślenia oraz afrykańską kulturą.
Walka z homofobią wydaje się być z gruntu przegrana,ponieważ nawet młodsze pokolenie,które zapytane o opinię na temat gejów i lesbijek wyraziło zdecydowaną i otwartą nienawiść, podbudowywaną przez rodzinę,szkołę i środowisko,z którego przecież czerpie wzorce myślenia i konstruuje swoją postawę życiową.
Świat Ugandy przeraził Millsa,który wychowany w sprzyjającej homoseksualistom Anglii nigdy nie zmierzył się z taką nienawiścią,która w efekcie końcowym przynosi śmierć.
Przyznam,że oglądałam ten dokument z mieszanymi uczuciami i nie wzbudził we mnie,aż takiego poruszenia.
Dlaczego?
Myślę,że odpowiedź na to pytanie jest bardzo proste...
W przeciwieństwie do Milla wychowałam się w Polsce,w małej miejscowości gdzie inność wytykana była palcem księdza na ambonie,wykrzyczana sprejem na płocie ,rozdarta krzykiem rozbitego okna,pouczona podniesionym głosem rodziców...
Polska dała mi wyprawkę na nowe życie w nowym kraju...Chitynowy pancerzyk emocjonalny...
Uczę się pomału go zrzucać,tutaj w Anglii, gdzie inny nie znaczy gorszy,gdzie mogę z dumą powiedzieć TAK JESTEM LESBIJKĄ...and what's a big deal?powie Anglik...
Staram się przyzwyczajać,że żaden:)

2/14/2011

L'amore

Kartka w kalendarzu,muzyka w radio,przeciskający się zdyszani mężczyźni przyduszający pod pachą wiązanki,listonosz,który łapie oddech na czerwonym świetle wszystko to bezdusznie przypomina,że nastał światowy dzień wzajemnego braterstwa...
Dzień Świętego Walentego,albo inaczej lingwistycznie zwany Valentine's Day...
Dzień,kiedy wszelaka płeć nagle sobie przypomina,że kochać się trzeba...
A przecież tak naprawdę,nie potrzeba ustanowionego nakazu,aby wysłać sobie kartkę,tudzież zjeść razem wystawną kolację,nie potrzeba nakazu aby kupić bukiet kwiatów...
Wczoraj z Najlepszą z Żon byłyśmy w sklepie po chleb powszedni i stojąc w kolejce do kasy obserwowałam skonsternowanego osobnika płci męskiej,który głowił się niczym na lekcji botaniki nad stoiskiem z bukietami...
Miałam wrażenie ,że przyszło mu rozwiązać zagadkę Sfinksa co najmniej bo pot kroplami płynął,aż nawet klimatyzacja nie pomagała...
Proponuję, więc oszczędzić sobie trudu i kochać się na co dzień...
Lżej na duszy będzie i przyzwyczaić się będzie można do miłości...
A to przecież najsłodsza jest z udręk:)

Szczęśliwych codziennych i niecodziennych Walentynek:)

2/12/2011

Wytatuowana niania McPhee

Skusiłyśmy się wreszcie na obejrzenie "Mężczyzn którzy nienawidzą kobiet". Muszę stwierdzić (nie, nie czytałam książki - ani jednej, ani drugiej ani tym bardziej trzeciej), że ktoś spartolił kawał dobrego scenariusza. Sama wątek kryminalny był ciekawy, chwilami naiwno-naciągany ale ciekawy. Jednak cała reszta momentami nie trzymała się kupy. Jeśli książka, jak to mawiają niektórzy, jest rewelacyjna, to reżyser najwidoczniej wybrał najgorsze z niej fragmenty.

Uroku wszystkiemu dodaje oczywiście para głównych bohaterów. Męskie kluchy z olejem z nieodłączną miną "srającego kota na puszczy" i wymagająca tygodniowego moczenia w domestosie kobitka z ADHD. Przez połowę filmu głowiłam się nad tym z kim kojarzy mi się główna bohaterka. Czy to może połączenie Zębowej wróżki ("Czerwony smok") i C. Starling ("Milczenie owiec"), a może Batman w spódnicy? Wtem, po którejś mniej lub bardziej istotnej scenie doszłam do wniosku, że to wypisz (może nie wymaluj) Niania McPhee w wersji hard core. Przekonało mnie o tym ulubione powiedzenie wyżej wymienionej niani.


"There is something you should understand about the way I work:
When you need me but do not want me, then I must stay. When you want me but no longer need me, then I have to go. It's rather sad, really, but there it is."


Prawda, że podobne ?

2/06/2011

Pomarańcze, mandarynki...


Za uprzejmym udostępnieniem przez Najlepszą z Żon elektronicznego miejsca w przestrzeni magicznej sieci oraz wycięciem z kawałka czasu wolnego miejsca, zdecydowałam się wreszcie na zapisywanie przypowieści z życia.
Mam nadzieję, że zanudzać nie będę.

Ostatnio zakończyłyśmy z Najlepszą z Żon oglądać „Oranges are not the only fruit”, film powstały na podstawie książki znanej wszem i wobec Jeanette Winterson. Książkę intelektualnie przewertowałam już wcześniej, ale na film musiałam poczekać, aż do zeszłorocznych urodzin, kiedy ten magicznie pojawił się w formie prezentu.

Odpowiadając na odwieczne pytanie czy film był lepszy od książki, które i tak w aktualnej koncepcji społeczeństwa gdzie niedługo każde dziecko będzie rodziło się z wbudowanym Internetem bezprzewodowym zdaje się trochę tracić na znaczeniu, muszę zdecydowanie opowiedzieć się za książką. Aczkolwiek film poprowadzony wartka ręką, barwnie przedstawiający charaktery głównych bohaterów oraz istotę bogobojnego małego społeczeństwa oddaje idee książki o tyle ta wydaje się pełniejsza i bardziej nacechowana emocjonalnie.

Wiem, książki tak maja, …Ale nie wszystkie…
Prawie tak jak nie wszyscy lubią tylko pomarańcze….

Książka bardziej zbliża do problemu, z jakim boryka się główna bohaterka, która nagle wychowana w fanatycznym środowisku religijnym odkrywa własna tożsamość.Tożsamość ta dosłownie i metaforycznie bywa kojarzona z demonem, którego niektórym wydaje się, iż można go wypędzić za pomocą zaklęć oraz rytuałów magicznych.

Niektórzy wyrzekają się siebie, aby nie wyrzeknięto się ich tak jak to zrobiła przyjaciółka naszej protagonistki, ale ta, mimo iż nie jest to takie łatwe decyduje się na walkę ze środowiskiem, w którym wyrosła a także własną rodzina.A to jak wiadomo nie zawsze jest takie proste.Powszechnie przecież przyjęto, że rodzina może wyrzec się nas, ale nam prawo wyrzeczenia się od rodziny nie przysługuje.

I to nie ważne czy rzucają w plecy kamieniem czy może pomarańczą.
Wracając do tematu książkę tym, którzy jeszcze nie przeczytali , przeczytać polecam. Film obejrzeć można w ramach lekcji z komparatystyki , zagryzając w międzyczasie owocem własnego wyboru…

Smacznego intelektualnego!

2/04/2011

Truskawki i inne potwory

Nasza balkonowa truskawa przebudziła się z zimowego letargu i zaczęła puszczać pierwsze liście. Nieśmiało jeszcze spogląda na świat i zmaga się z angielskimi wichurami, które nas ostatnimi czasy nawiedzają. Tak więc, żeby jej się dobrze rosło, pieśń prawie tematyczna.


2/03/2011

Pogodynka

Pani Kane powiedziała wczoraj przed snem, że dawno nie wiało i nie padało. Dziś leje i łeb chce za przeproszeniem urwać. Kocham panią Kane za wypowiadanie czegoś w niewłaściwym czasie. Nawet pani od pogody w telewizorze niczego nie przewidziała...

2/02/2011

Poległam

W starciu ze ścianą. W bitwie o zawieszenie lustra. Poległam z kretesem. I mimo wsparcia ze strony wojsk sprzymierzonych pod dowództwem generała wiertarki i całego oddziału kołków rozporowych, ostatecznie broń została złożona. Wyższość zatem ścianie muszę przyznać. Pokłony przed nią poddańcze składać będę, choć spokojnie ten tak zwany mur głową bym przebiła.
Zbierać muszę siły i strategię nową opracować. Zemsta będzie słodka :)